Luty roku pańskiego 2006 w Górze udowodnił jedno - jeśli myślisz, że w tym mieście widziałeś już wszystko, to znaczy, że masz za słabą wyobraźnię albo nie śledzisz lokalnej polityki. Podczas gdy reszta świata ekscytowała się pewnie jakimiś bzdurami, u nas, w sercu powiatu, trwała regularna walka o stołki, przetrwanie i resztki zdrowego rozsądku.
![]() |
| Na zdjęciach miasto w 2006 roku. |
Zaczęło się od Tekomu, czyli naszej lokalnej perły w koronie wodociągowej, która nagle uznała, że praca społeczna jest dla frajerów. Nowa rada nadzorcza, zamiast pilnować rur za darmo, postanowiła, że ich cenne rady są warte konkretnej gotówki. Przewodniczący przytulił 1400 złotych, a reszta ferajny po osiem stówek miesięcznie. I to wszystko w momencie, gdy spółka tonęła w długach tak głęboko, że nawet najdłuższa rura kanalizacyjna nie sięgała dna. Burmistrz Wrotkowski, z miną godną męczennika, ogłosił, że sytuacja jest najgorsza w historii, ale spokojnie - nowa, płatna rada na pewno wszystko naprawi. Bo przecież nic tak nie poprawia wydajności firmy w kryzysie, jak dorzucenie paru dodatkowych pensji dla znajomych królika.
W tym samym czasie w urzędzie miasta trwała inna radosna twórczość, tym razem w wykonaniu komisji rewizyjnej. Bolesław Siekanowicz, dotychczasowy szef tejże komisji, musiał pożegnać się ze stołkiem, bo opozycja nagle doznała olśnienia, że facet jest zbyt blisko z burmistrzem, by go rzetelnie kontrolować. Szok i niedowierzanie - w Górze ktoś zauważył kolesiostwo? Radny Mazur wypunktował, że komisja pod wodzą Siekanowicza "zapomniała" przeprowadzić zaplanowane kontrole.
Jakby politycznych cyrków było mało, natura postanowiła przypomnieć o sobie w najbardziej tragiczny sposób. Na polach w Goli Górowskiej pewien myśliwy, wykazujący się sokolim wzrokiem godnym kreta, pomylił 72-letniego mężczyznę zbierającego kolby kukurydzy z dzikiem. Efekt? Śmiertelny strzał i wyrok, który w lokalnej społeczności wywołał więcej emocji niż podwyżki cen wody. Dwa lata w zawiasach i trzy lata przerwy w polowaniu - na tyle wycenił sąd życie człowieka pomylonego ze zwierzyną. Komentarze pod artykułami płonęły, a mieszkańcy zastanawiali się, czy bezpieczniej jest iść na spacer do lasu, czy może jednak zostać w domu i liczyć na to, że żaden radosny strzelec nie pomyli ich okna z sylwetką jelenia.
Na deser dostaliśmy jeszcze pociąg widmo na trasie Góra - Kruszyniec. Kierowca vw t4, strażak z lokalnej komendy, jadąc "na pamięć" przez nieużywane od lat tory, nagle spotkał się oko w oko z lokomotywą. Skąd się tam wzięła? Nikt nie wiedział, policja drapała się po głowach, a świadkowie mogli mówić o cudzie, że skończyło się tylko na strachu i pogiętej blasze.
To był luty 2006 w pigułce - miasto, w którym pociągi pojawiają się znikąd, myśliwi strzelają do wszystkiego, co się rusza, a politycy dbają o swoje portfele z taką gorliwością, jakby jutra miało nie być. Bezkompromisowa prawda o Górze sprzed dwóch dekad boli do dziś, ale przynajmniej nie można było narzekać na nudę.




Komentarze
Prześlij komentarz