Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2026

Szokujące zdjęcia z Góry! Zobacz, co działo się na stadionie przed laty!

Słuchajcie, odgrzebaliśmy w archiwum pana Wojtka z Góry prawdziwą perełkę. Przed nami pożółkła płachta gazety z 1984 roku, a na niej wielki, czerwony nagłówek: „SPOTKANIE LUDZI ROLNICZEGO TRUDU”. Tak, moi drodzy, to relacja z Gminnych Dożynek w Górze, kiedy to zamiast nowoczesnych traktorów z klimatyzacją i GPS-em, na stadionie królowały wieńce, dudziarze i partyjne szychy, których nazwiska dziś pamiętają już tylko najstarsi górale i archiwiści IPN. Atmosfera na zdjęciach gęsta jak dym z ogniska. Widzimy tam panów w garniturach, którym upał wyraźnie nie pomagał w zachowaniu powagi, oraz rolników, którzy w tamtych czasach nie marzyli o dopłatach z Unii, a o tym, żeby maszyna z „Agrometu” się nie rozpadła po pierwszym hektarze. Uroczystość zaczęła się z pompą w auli Liceum Ogólnokształcącego. To tam Tadeusz Broczkowski, Michał Kopaniecki i Stanisław Rochowski dostali Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski. Wyobrażacie to sobie? Dzisiaj za rekordowe plony dostaje się uścisk dłoni bur...

W 2006 - namioty pod urzędem. Dziś - puste hale. Co się stało z tartakiem w Górze?

Pan Kazimierz napisał na Facebooku wpis, który zrobił większy szum niż niejeden oficjalny komunikat. I w sumie nic dziwnego, bo opisał coś, co w normalnie funkcjonującym mieście powinno być oczywistą informacją publiczną (albo przynajmniej lokalną wiadomością dnia) - tartak w Górze… po prostu przestał istnieć. Bez fanfar. Bez pożegnania. Bez “dziękujemy za lata”. Bez “co dalej z ludźmi, terenem, maszynami”. Ot, człowiek przychodzi po kilka drewnianych profili, a tu wita go pusty plac i zamknięte hale. I wtedy zaczyna się ten charakterystyczny, gorzki teatr małych miast - “nikt nic nie wie”, “pierwsze słyszę”, “to prywatne”, “to nie nasza sprawa”, “proszę pisać maile”. Tyle że tartak to nie kiosk z gazetami, który znika po cichu, bo zmienił lokalizację. To zakład, który przez lata był jednym z elementów przemysłowego kręgosłupa Góry - obok młyna, POM-u, cukrowni czy szpitala, o których wspomina pan Kazimierz. Najmocniejsze w tej historii nie jest nawet samo zamknięcie. Najmocniejsze jes...

Góra, kiedyś głośniejsza niż zdrowy rozsądek (galeria foto)

Był taki moment w historii Góry, kiedy cisza była podejrzana. Kiedy coś nie grało - dosłownie i w przenośni. I nie, nie chodzi o dzisiejsze „wydarzenia” z DJ-em i playlistą z pendrive’a. Chodzi o czasy, kiedy miasto naprawdę potrafiło się rozkręcić. Bez półśrodków, bez udawania. Na pełnej. Rok 2006. Pożegnanie lata. Ulicami jedzie platforma tira, na niej muzyka, tancerki, DJ-e i sprzęt, który - jak się później okazało - był równie ambitny co lokalna infrastruktura energetyczna. Parada Muzyki Klubowej nie pytała o zgodę. Ona po prostu wjeżdżała w miasto, robiła hałas i zostawiała po sobie wspomnienia, które do dziś mają większą moc niż niejedna inwestycja. Zaczęło się niewinnie - przejazd przez Mickiewicza, Kościuszki, Targową. Ludzie wychodzili z domów, bo trudno było nie zauważyć kolumn większych niż niektóre budżety imprezowe dzisiejszych organizatorów. Platforma, jakby wyrwana z innej rzeczywistości, sunęła przez miasto, a za nią ciągnął się tłum. Nie followersi, nie widzowie. Ludzi...

Księgarz z krwi i papieru

Są w życiu Góry takie postaci, które nie potrzebowały afiszy ani tytułów honorowych. Wystarczył szyld nad drzwiami i światło w witrynie.   Śp. Ludwik Lach , urodzony 12 kwietnia 1919 roku, zmarły 12 marca 2010 roku, przez ponad sześć dekad prowadził w Górze księgarnię, która stała się czymś więcej niż sklepem z książkami. Była miejscem spotkań, rozmów i zaufania. Księgarnia „Lach” działała od 1947 roku. Przez lata funkcjonowała w realiach, które zmieniały się jak w kalejdoskopie - od powojennej biedy, przez czasy centralnie sterowanej kultury, aż po wolny rynek i zalew kolorowych nowości. A jednak jedno się nie zmieniało -   za ladą stał człowiek, który znał swoją pracę i swoich klientów . Pan Ludwik zaczynał w czasach, gdy książka była towarem deficytowym. Dobre tytuły trzeba było zdobywać, a ludzie potrafili czekać i dzielić się jednym egzemplarzem. Bywało, że półki wypełniały pozycje obowiązkowe dla epoki, niekoniecznie dla czytelnika. On jednak potrafił odnaleźć w tym wszy...

Człowiek, który nauczył Górę patrzeć przez obiektyw

Ten tekst nie powstał przypadkiem. Po publikacji naszego poprzedniego artykułu o AKF „Profil” odezwali się czytelnicy - jedni z sentymentem, inni z niedowierzaniem, że „kiedyś to się w Górze działo”. No to dziś idziemy krok dalej. Na tapet bierzemy człowieka, bez którego nie byłoby niczego - Józefa Lesiaka. Kim był Józef Lesiak Józef Lesiak (ur. 1933) - instruktor kultury, pasjonat fotografii i filmu, wychowawca całego pokolenia młodych ludzi z Góry. Działał przy Powiatowym Domu Kultury, gdzie od początku lat 60. prowadził zajęcia fotograficzne, a później filmowe. To on stworzył fundamenty pod Amatorski Klub Filmowy „Profil”, który w latach 70. stał się jedną z najważniejszych inicjatyw kulturalnych w regionie. Nie był celebrytą, nie miał pleców w Warszawie - miał za to wiedzę, charyzmę i coś, co dziś nazwalibyśmy „flow”. Potrafił przyciągać ludzi i sprawiać, że zwykłe hobby zamieniało się w prawdziwą pasję. I właśnie dlatego, gdy odszedł - wszystko się posypało. Wszystko zaczęło się o...

Trochę to znaczy nic – czyli jak Józef Lesiak wychowywał filmowców w Górze

Są miejsca, które tworzą ludzi. I są ludzie, którzy tworzą miejsca. W Górze lat 70. jedno i drugie miało twarz Józefa Lesiaka i nazwę – AKF „Profil”. Józef Lesiak po lewej Brzmi niewinnie? Klub filmowy przy domu kultury? Ot, garstka zapaleńców z aparatami i kamerą? No to zapnijcie pasy, bo rzeczywistość była bliższa selekcji do jednostki specjalnej niż niedzielnym warsztatom dla wrażliwej młodzieży. Grudzień 1974. Młody Robert Mazulewicz stoi pod drzwiami Domu Kultury. Stres taki, jakby miał co najmniej zdawać egzamin z życia, a nie zapisać się do klubu. I wtedy pojawia się ON - Józef Lesiak. Z torbą, która - jak się okazuje - była niemal równie legendarna jak on sam. Robert Mazulewicz po środku - Znasz się na fotografii? - Trochę. - Trochę to znaczy nic. I w zasadzie można by zakończyć historię. Ale nie. To był dopiero początek. Selekcja naturalna, czyli witaj w „Profilu” Na kurs zapisało się około 40 osób. Tak, czterdzieści. Brzmi jak sukces frekwencyjny? Spokojnie - Lesiak szybko sp...

Bóbr wyszedł na miasto. A w komentarzach na Elce… poszło grubo

Są w życiu pewne stałe. Podatki, korek „na chwilę” i fakt, że jeśli na Elce pojawi się news o czymkolwiek - to sekcja komentarzy już stoi w blokach startowych, rozgrzana jak kebab o 2:00 na górowskim rynku. Tym razem bohaterem wieczoru został… bóbr. Tak, bóbr. Zwierzak postanowił urządzić sobie nocny spacer po Górze, a że miasto nie jest naturalnym środowiskiem dla futrzastego inżyniera hydrotechniki, ktoś słusznie zgłosił sprawę. Policjanci przyjechali, ogarnęli temat bez dramatu - koc, ostrożne przeniesienie, radiowóz i wycieczka w okolice żeremi. Koniec historii. Bóbr wraca do wody. Ludzie mogą wracać do swoich spraw. Normalny, ludzki odruch: pomóc zwierzęciu, żeby nie wpadło pod auto. No ale hej - to tylko połowa „newsa”. Druga połowa zawsze dzieje się pod spodem. Bo tam, gdzie jedni widzą krótką, sensowną interwencję, inni odpalają pełen pakiet: od moralnych rozliczeń świata („bobra ktoś zauważył, a bezdomnego nie”) po ułańską fantazję w wersji faunistycznej („spotkał miejscowe bo...