Był taki moment w historii Góry, kiedy cisza była podejrzana. Kiedy coś nie grało - dosłownie i w przenośni. I nie, nie chodzi o dzisiejsze „wydarzenia” z DJ-em i playlistą z pendrive’a. Chodzi o czasy, kiedy miasto naprawdę potrafiło się rozkręcić. Bez półśrodków, bez udawania. Na pełnej.
Rok 2006. Pożegnanie lata. Ulicami jedzie platforma tira, na niej muzyka, tancerki, DJ-e i sprzęt, który - jak się później okazało - był równie ambitny co lokalna infrastruktura energetyczna. Parada Muzyki Klubowej nie pytała o zgodę. Ona po prostu wjeżdżała w miasto, robiła hałas i zostawiała po sobie wspomnienia, które do dziś mają większą moc niż niejedna inwestycja.
Zaczęło się niewinnie - przejazd przez Mickiewicza, Kościuszki, Targową. Ludzie wychodzili z domów, bo trudno było nie zauważyć kolumn większych niż niektóre budżety imprezowe dzisiejszych organizatorów. Platforma, jakby wyrwana z innej rzeczywistości, sunęła przez miasto, a za nią ciągnął się tłum. Nie followersi, nie widzowie. Ludzie. Na żywo.
Na stadionie - kulminacja. Lasery, DJ Rafael, DJ S-bastian i gość specjalny DJ Hazel. Brzmi jak lineup, którego dziś ktoś by się bał ogłosić bez trzytygodniowej kampanii w socialach. Wtedy? Wystarczyła muzyka i wieść niesiona pocztą pantoflową. No max dwa banery - jeden na płocie, drugi w spalonym Intermarche.
I oczywiście - klasyka gatunku. Prąd wysiadł.
Bo jak robić imprezę w Górze, to nie na pół gwizdka. Około 21:05 całe okolice pogrążyły się w ciemności. Linie energetyczne powiedziały „dość”. I co? Koniec? Ewakuacja? Komunikat o przełożeniu wydarzenia?
Nic z tych rzeczy.
Ktoś wrzucił staropolską nutę, ludzie zaczęli śpiewać „Szła dzieweczka do laseczka”, a po chwili - jak gdyby nigdy nic - zabawa wróciła na właściwe tory. Bo wtedy impreza to byli ludzie, a nie agregaty prądotwórcze i plan B zapisany w Excelu.
Policja była, cztery wozy, zabezpieczenie jak na wizytę głowy państwa. I co? Dwie drobne utarczki do północy. Dwie. Bez dramatów, bez sensacji, bez komentarzy ekspertów od wszystkiego. Da się? Dało się.
Dziś? Dziś często jest ciszej. Bezpieczniej. Bardziej „zgodnie z procedurą”. Tylko jakoś trudniej o takie historie, które po latach opowiada się z błyskiem w oku. Bo wtedy Góra nie próbowała być „jak inne miasta”. Ona była sobą - trochę chaotyczna, trochę niedoskonała, ale za to prawdziwa.
I może właśnie dlatego tamta noc z 2006 roku wciąż brzmi głośniej niż niejeden współczesny event z idealnym nagłośnieniem.
Zdjęcia pochodzą z 2008 roku, niestety żadne inne nie zachowały się w internecie.













To były czasy. A pamiętacie Piwnice? Dyskotekę na Piastów.
OdpowiedzUsuń