Słuchajcie, odgrzebaliśmy w archiwum pana Wojtka z Góry prawdziwą perełkę. Przed nami pożółkła płachta gazety z 1984 roku, a na niej wielki, czerwony nagłówek: „SPOTKANIE LUDZI ROLNICZEGO TRUDU”. Tak, moi drodzy, to relacja z Gminnych Dożynek w Górze, kiedy to zamiast nowoczesnych traktorów z klimatyzacją i GPS-em, na stadionie królowały wieńce, dudziarze i partyjne szychy, których nazwiska dziś pamiętają już tylko najstarsi górale i archiwiści IPN.
Atmosfera na zdjęciach gęsta jak dym z ogniska. Widzimy tam panów w garniturach, którym upał wyraźnie nie pomagał w zachowaniu powagi, oraz rolników, którzy w tamtych czasach nie marzyli o dopłatach z Unii, a o tym, żeby maszyna z „Agrometu” się nie rozpadła po pierwszym hektarze. Uroczystość zaczęła się z pompą w auli Liceum Ogólnokształcącego. To tam Tadeusz Broczkowski, Michał Kopaniecki i Stanisław Rochowski dostali Krzyże Kawalerskie Orderu Odrodzenia Polski. Wyobrażacie to sobie? Dzisiaj za rekordowe plony dostaje się uścisk dłoni burmistrza i ewentualnie bon do marketu budowlanego, a wtedy - proszę bardzo - ordery sypały się jak ziarno z kłosów.
Później cała ta wesoła gromadka, z I sekretarzem KW PZPR Janem Płóciniczakiem na czele, przeniosła się na stadion. O godzinie 13:00 huknął hymn, a potem zaczęła się prawdziwa rewia mody ludowej. Starostowie dożynek - Helena Buchar i Aleksander Łukowiak - dumnie dzierżyli chleb, a w tle przygrywała kapela dudziarska. Nie było didżeja, nie było waty cukrowej o smaku gumy balonowej. Był za to „barwny korowód” i występy zespołu „Ziemia Leszczyńska”.
Najbardziej rozczula nas fragment o wystawie maszyn. Największym hitem był kombajn ziemniaczany ze Strzelec Krajeńskich. Ludzie stali i patrzyli na to cudo techniki, jakby to był co najmniej lądownik Apollo 11. Do tego ładowacz podwieszany i mieszanki witaminowe dla zwierząt - to był ówczesny high-tech, o którym pisało się z wypiekami na twarzy. Naczelnik gminy Jan Osuch chwalił się rekordową wydajnością - 37 kwintali z hektara. Dzisiaj rolnicy pewnie uśmiechnęliby się pod nosem na taki wynik, ale wtedy to był powód do dumy i długich przemówień o „przeciwnościach pogodowych”.
To były czasy, kiedy dożynki nie były tylko okazją do zjedzenia kiełbasy z grilla, ale wielkim, polityczno-społecznym spektaklem. Czy było lepiej? Na pewno było inaczej. Bezkompromisowo patrząc na te zdjęcia, widzimy ludzi, którzy naprawdę ciężko pracowali, a to święto było dla nich rzadką chwilą wytchnienia - nawet jeśli musieli przy tym wysłuchać kilku nudnych referatów o potędze socjalistycznego rolnictwa.



Komentarze
Prześlij komentarz