W Urzędzie Miasta i Gminy Góra złożono formalne zawiadomienie o zamiarze przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania burmistrza Tadeusza Juski oraz całej rady miejskiej. Inicjatorzy, na czele z Arkadiuszem Gortychem (byłym podwładnym Ireny Krzyszkiewicz, który po zmianie władzy stracił pracę), zapowiadają zbieranie podpisów i przekonują, że mieszkańcy powinni mieć możliwość oceny obecnych władz. Na papierze wygląda to jak klasyczny mechanizm demokracji bezpośredniej. W praktyce jednak już pierwsze dni po publikacji informacji pokazały, że szanse na powodzenie tej inicjatywy są znikome.
Jeszcze bardziej wymowne są komentarze osób, które otwarcie przyznają, że głosowały na obecnego burmistrza, ale teraz czują się rozczarowane. Jeden z nich napisał wprost: „Głosowałem na Juskę ale nigdy tego już nie zrobię, chętnie wezmę udział w Referendum żeby naprawić ten błąd”. Inny dodał: „Chętnie się zaangażuję bo też chcę naprawić błąd. Dałem się nabrać na te banialuki Juski”. Takie deklaracje pokazują, że nawet wśród wyborców obecnych władz nie ma entuzjazmu do aktywnego wspierania referendum. Ludzie są rozczarowani, ale jednocześnie nie czują potrzeby, żeby iść i odwoływać. To klasyczna postawa bierności, która w referendach lokalnych bywa zabójcza.
Przeciwnicy inicjatywy nie kryją się też z oceną motywacji osób stojących za referendum. Wielokrotnie pojawia się zarzut, że cała akcja ma charakter osobistej zemsty. „To zemsta polityczna i stare układy”, „szczególnie na Szczerbę i Mielczarek”, „to pewnie osoby ze zdjęciami są w mniejszym lub większym stopniu związane z byłą panią burmistrz” – takie opinie padają regularnie. Nawet jeśli część tych zarzutów jest przesadzona, to sam fakt, że referendum jest postrzegane jako rozgrywka personalna, mocno osłabia jego wiarygodność w oczach neutralnych mieszkańców. Ludzie nie lubią czuć się narzędziem w cudzej walce.
Inicjatorzy starają się przekonywać, że nie chodzi o zemstę, tylko o ocenę pracy władz. W komentarzach jednak szybko pojawia się pytanie o konkrety. Jeden z mieszkańców napisał wprost: „Ta argumentacja jest ŻENUJĄCA. (…) Proszę podać 2, 3 konkretne argumenty, ale konkretne a nie lanie wody”. Inny dodał: „Żeby brać się za referendum i przedstawić zarzuty to trzeba trochę się znać na samorządzie a nie pisać banały i slogany nie mające nic wspólnego z działalnością samorządu”. Brak jasnego, merytorycznego programu i konkretnych zarzutów sprawia, że referendum wygląda bardziej na akt frustracji niż na przemyślaną akcję społeczną.
Do tego dochodzi jeszcze jeden, bardzo praktyczny problem. Wiele osób otwarcie mówi, że nie chce ponosić kosztów ewentualnego nieudanego referendum. „Wszyscy piszą zachwycacie się wszystkim ale czy ktoś pomyślał kto zapłaci za referendum gdy nie będzie odpowiedniej frekwencji? Oczywiście my podatnicy”, „organizatorzy za taki cyrk powinni płacić”. W małych gminach takie argumenty działają bardzo skutecznie. Ludzie nie chcą płacić za coś, co uważają za prywatną wojenkę.
Największym jednak problemem dla inicjatorów jest brak mobilizacji. W komentarzach dominuje postawa „nic nie zmieni”, „dajcie spokój”, „to się skończy jak w Jemielnie”. Nawet osoby krytyczne wobec burmistrza często piszą, że referendum i tak niczego nie naprawi. Taka postawa oznacza, że nawet jeśli uda się zebrać wymaganą liczbę podpisów, to przy urnach może pojawić się dramatycznie niska frekwencja. A w referendach lokalnych niska frekwencja oznacza zwykle klęskę inicjatywy.
Widać też wyraźnie, że obecna władza nie jest osamotniona. Pojawiają się głosy poparcia dla burmistrza, szczególnie w kontekście konkretnych inwestycji, jak droga na cmentarz w Czerninie. „Czernina dzięki obecnemu burmistrzowi panu Tadeuszowi Jusce w końcu doczekała się porządnej drogi na cmentarz”. Takie komentarze pokazują, że mimo krytyki, część mieszkańców dostrzega pozytywne zmiany i nie ma ochoty na odwoływanie.
Wszystko to razem składa się na obraz inicjatywy, która od samego początku nie ma wystarczająco szerokiego poparcia. Zamiast jednoczyć mieszkańców wokół wspólnego celu, referendum jeszcze bardziej ich dzieli. Zamiast mobilizować do działania, wywołuje głównie zmęczenie i chęć odcięcia się od całej sprawy. W takiej atmosferze zebranie podpisów będzie trudne, a osiągnięcie frekwencji pozwalającej na ważne rozstrzygnięcie – praktycznie niemożliwe.
Referendum w Górze nie jest więc realnym zagrożeniem dla obecnych władz. Jest raczej kolejnym dowodem na to, jak bardzo lokalna polityka potrafi się zamknąć w kręgu wzajemnych oskarżeń i osobistych animozji. A w takim układzie mieszkańcy najchętniej po prostu zostają w domu.

Komentarze
Prześlij komentarz