Przejdź do głównej zawartości

Mieli odwołać burmistrza. Drugi raz wyłożyli się na papierach

Mieli odwołać burmistrza Góry i Radę Miejską. Na razie skutecznie dostarczyli materiału do pytania, czy przed kolejną próbą nie należałoby zorganizować szkolenia z wypełniania dokumentów. Drugie podejście inicjatorów referendum zakończyło się odrzuceniem wniosku. A uzasadnienie komisarza wyborczego zawiera coś znacznie poważniejszego niż kolejną urzędową lekcję poprawnego wpisywania adresu.


Na listach znalazły się trzy pozycje dotyczące osób, które zmarły przed wskazaną datą udzielenia poparcia. W zestawieniu nieprawidłowości pojawia się również kategoria „podpis innej osoby”.

I właśnie tutaj kończy się miejsce na pobłażliwe wzruszenie ramionami.

Wielkie odwoływanie, małe przygotowanie

Komisarz Wyborczy we Wrocławiu II postanowieniem z 26 października 2026 r. odrzucił wniosek o referendum w sprawie odwołania burmistrza Góry oraz Rady Miejskiej przed upływem kadencji.

Inicjatorzy dostarczyli 1829 podpisów na 184 kartach. Wymagany próg wynosił 1460 prawidłowych podpisów. Po weryfikacji zostało 1416, czyli zabrakło 44.

413 podpisów nie spełniało ustawowych wymogów.

Tyle dokument. Komentarz? Kto zapowiada rozliczanie władz, powinien najpierw umieć rozliczyć własne listy poparcia. Inaczej zamiast politycznego trzęsienia ziemi wychodzi segregator do ponownego przeglądu.

Prawo do zainicjowania referendum jest oczywiste. Zwolnienia z wymogów dlatego, że komuś bardzo zależy na odwołaniu burmistrza, ustawodawca jednak nie przewidział.

Pierwsza lekcja najwyraźniej nie wystarczyła

To nie pierwsze potknięcie tej inicjatywy. Już 10 sierpnia komisarz odmówił przyjęcia wcześniejszego powiadomienia.

Wówczas stwierdzono niezgodności adresów dwóch osób z danymi w Centralnym Rejestrze Wyborców. Decydująca była wada dotycząca pełnomocnika grupy, ponieważ dotyczyła osoby mającej reprezentować inicjatorów.

Krótko mówiąc: pierwszym razem problem pojawił się już przy zgłoszeniu inicjatywy. Przy drugim podejściu udało się dojść dalej, ale zabrakło wystarczającej liczby prawidłowych podpisów.

Postęp jest. Sukcesu nadal brak.

Żeby kogoś odwołać, trzeba mieć coś w głowie: przede wszystkim znajomość procedury, plan działania i świadomość, że urząd sprawdzi dokumenty. Sam zapał nie zastępuje poprawnego adresu, właściwych danych ani własnoręcznego podpisu.

Trzy osoby zmarły przed datą poparcia

Najpoważniejszy fragment uzasadnienia nie dotyczy jednak brakujących numerów mieszkań.

Komisarz wskazał trzy przypadki, w których data udzielenia poparcia przypadała po śmierci osoby wymienionej na liście:

  • poparcie datowane na 4 października, zgon 16 sierpnia;

  • poparcie datowane na 29 września, zgon 23 września;

  • poparcie datowane na 26 sierpnia, zgon 27 lipca.

Wszystkie te daty dotyczą 2026 roku.

To nie sugestia ani polityczna plotka. Takie ustalenia znajdują się w opublikowanym postanowieniu.

Dokument nie rozstrzyga natomiast, kto sporządził te wpisy ani w jakich okolicznościach powstały. Daje za to bardzo konkretne powody, żeby domagać się wyjaśnień.

Tak samo jak pozycje zakwalifikowane jako „podpis innej osoby”. W samodzielnej kategorii o tej nazwie wykazano 58 podpisów, a oznaczenie to występuje również przy pozycjach obciążonych dodatkowymi wadami.

W tym miejscu dowcip o nieumiejętnym wypełnianiu formularzy przestaje wystarczać.

Wiadomość o USC i firmie pożyczkowej. Co rzeczywiście z niej wynika?

Jeszcze przed wydaniem postanowienia o odrzuceniu wniosku do DGR24 dotarła wiadomość dotycząca osoby mającej być związanej z inicjatywą referendalną. Jej autor wskazywał na wcześniejszą pracę tej osoby w USC oraz przy udzielaniu pożyczek, a także na dostęp do danych osobowych. Publikowany na naszym FB zrzut ekranu dokumentuje otrzymanie takiej informacji. Nazwiska nie podajemy.

Postanowienie nie ustala, kto odpowiada za zakwestionowane wpisy, ani skąd pochodziły dane użyte do ich sporządzenia. 

Pytania wymagające odpowiedzi są jednak konkretne: kto zbierał podpisy na zakwestionowanych kartach, jak sprawdzano ich poprawność i w jakich okolicznościach powstały wpisy dotyczące osób zmarłych przed wskazaną datą poparcia?

Organizatorzy chcieli rozliczać władzę. Teraz sami powinni wyjaśnić jakość dokumentacji firmowanej przez własną inicjatywę. Bo ambicja odwołania burmistrza nie jest jeszcze świadectwem organizacyjnej sprawności. A lista poparcia to nie brudnopis, który ktoś później łaskawie poprawi.

Czy będzie zawiadomienie do prokuratury?

Czy komisarz wyborczy zawiadomi prokuraturę o ustaleniach dotyczących podpisów innych osób oraz wpisów odnoszących się do osób zmarłych przed datą poparcia? Kiedy takie zawiadomienie zostało już skierowane?

Opublikowane postanowienie nie zawiera odpowiedzi na te pytania. Nie będziemy więc udawać, że znamy dalsze działania organów.

Ale trzech przypadków poparcia datowanego po śmierci nie sposób uczciwie schować do szuflady z napisem „drobne niedopatrzenia”. Trzeba ustalić, skąd te wpisy się wzięły i kto za nie odpowiada.

Inicjatorzy również mają tu coś do wyjaśnienia. Choćby to, jak wyglądało sprawdzanie dokumentów przed ich złożeniem. Bo deklaracja, że chce się rozliczać samorząd, brzmi zdecydowanie lepiej wtedy, gdy własna dokumentacja wytrzymuje kontrolę.

Zamiast referendum - uzasadnienie porażki

Komisarz wyjaśnił, że weryfikacja zakończyła się już po upływie ustawowego terminu, dlatego nie było możliwości zwrócenia wniosku do uzupełnienia. Inicjatorom przysługuje skarga do sądu administracyjnego w terminie 14 dni od doręczenia postanowienia.

Na dziś pozostaje odrzucenie wniosku. Nie rozstrzygnięcie mieszkańców przy urnach, lecz porażka na etapie przygotowania dokumentów.

Burmistrza można krytykować. Radę można rozliczać. Referendum można organizować. Ale najpierw trzeba przygotować wniosek, który przejdzie weryfikację.

Po drugim nieudanym podejściu pytanie nie brzmi już tylko: „kogo chcecie odwołać?”.

Brzmi również: „czy potraficie przygotować dokumenty potrzebne do tego, co zapowiadacie?”. Czy pojawi się trzecia część tej komedii?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Piekło w podstawówce i bezradność dorosłych?

DGR24 nie bierze jeńców i nie zamiata lokalnych brudów pod dywan, zwłaszcza kiedy w grę wchodzi zdrowie i życie najmłodszych mieszkańców. W Szkole Podstawowej nr 3 przy ulicy Poznańskiej atmosfera zrobiła się dosłownie gorąca - i to w najbardziej dosłownym, pirotechnicznym wręcz znaczeniu. Mury, które według założeń podstawy programowej powinny kojarzyć się ze zdobywaniem wiedzy i bezpiecznym dorastaniem, zamieniają się powoli w poligon doświadczalny dla domorosłych pirotechników. Pytanie tylko brzmi: czy placówka edukacyjna przygotowuje uczniów do egzaminów ósmoklasisty, czy do castingu do nowego Mad Maxa? Zaczęło się w ubiegły piątek. Zamiast spokojnego oczekiwania na weekendowy odpoczynek, ktoś wpadł na genialny w swej prostocie pomysł: po co czekać na wywóz odpadów, skoro można je zutylizować na miejscu? W szkolnym koszu na śmieci zapłonął ogień. Dym, smród, zamieszanie, zapewne odrobina paniki na korytarzu i… co? Prawdopodobnie nic, bo .... zaledwie kilka dni później kreatywność p...

Nóż, alkohol i cisza za ścianą

  19 lat temu, w lutym, w gminie Góra miesiąc nie kojarzył się z mrozem, feriami czy lokalnymi inwestycjami. Żył jedną historią – tragiczną, brutalną i boleśnie zwyczajną. Historią, która wydarzyła się   za ścianą, w bloku przy ulicy Sikorskiego , gdzie – jak się później okazało – wystarczyło kilka minut, alkohol i kuchenny nóż. Wieczór 18 lutego. Godzina około 20.30. Z zewnątrz – cisza jak w setkach innych mieszkań. W środku – małżeńska kłótnia, alkohol i eskalacja, której finał był ostateczny. 52-letnia kobieta ugodziła swojego męża nożem w klatkę piersiową.   51-letni mężczyzna zmarł jeszcze przed przyjazdem pogotowia . Pomoc była już tylko formalnością. Góra oniemiała. Sąsiedzi nie dowierzali. Jak mówili policjanci –   wcześniej nie było żadnych interwencji , żadnych zgłoszeń, żadnych „czerwonych flag”. Typowe mieszkanie, typowe małżeństwo, typowa niedzielna cisza, która – jak się okazało – bywa najgłośniejsza. Szybko wyszły na jaw szczegóły, które tylko dolewały...

„Dużo zarabiałam, więc kradłam” – bezczelne tłumaczenia księgowej, która oszukała system!

Stało się. Prokuratura Rejonowa w Głogowie właśnie rzuciła na stół akt oskarżenia, który czyta się jak scenariusz kiepskiej komedii kryminalnej, gdyby nie fakt, że za te „żarty” zapłaciliśmy my wszyscy. Główna bohaterka, 70-letnia Elżbieta P., przez szesnaście długich lat traktowała publiczne konta jak własny bankomat bez limitu. Kwota? Bagatela, ponad 1,2 miliona złotych. Mechanizm był prosty jak konstrukcja cepa. Elżbieta P., jako główna księgowa w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego w Górze oraz szkołach w Jemielnie i Irządzach, miała wszystko: dostęp do kont, bankowość elektroniczną i podpis kwalifikowany. I tak, od stycznia 2009 roku, złotówka do złotówki, tysiąc do tysiąca, budowała swoje „stałe źródło dochodu”. „Nie wiem, dlaczego to robiłam” Najbardziej rozbrajająca jest jednak linia obrony oskarżonej. Jak informuje Liliana Łukasiewicz, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Legnicy - „W śledztwie Elżbieta P. przyznała się do popełnienia zarzucanego jej czynu i wyjaś...