![]() |
| Białe vito kojarzyło się z funkcjonariuszami Straży Miejskiej. |
![]() |
| Radosław Stolarczyk przez lata był komendantem SM. |
Niektóre wspomnienia z mniejszych miast wracają nie jak pojedyncze obrazki, tylko jak cały odcinek serialu: z narracją, drugoplanowymi bohaterami, dialogami, które same się piszą, i tłem, które dziś brzmi niemal niewiarygodnie, a wtedy było po prostu codziennością. I kiedy człowiek trafia na archiwalne teksty z tamtych lat, ma wrażenie, że Góra w pierwszej dekadzie lat 2000. była gotowym scenariuszem na „Ranczo” - tylko bez ekipy filmowej i z nieco mniej wygładzonym językiem.
Wystarczy wziąć taką z pozoru zwykłą wiadomość jak ta z Radia Elka o tym, że do Straży Miejskiej w Górze dołączyła kobieta - wówczas 32-letnia Agnieszka Morżak, jedyna wówczas wśród strażników. Niby informacja jakich wiele: ktoś dostał pracę, ktoś pojechał na szkolenie, ktoś zaczyna służbę. A jednak w tej historii jest cały klimat epoki. Z jednej strony poczucie, że „mundur to porządek” i że nowa osoba ma szansę wnieść coś dobrego, z drugiej to charakterystyczne, małomiasteczkowe napięcie w komentarzach, gdy nagle wszyscy zaczynają mieć opinię: o sensie istnienia straży, o wydatkach, o tym „kto kogo zna” i po co komu kolejny etat z publicznych pieniędzy.
Tamte lata miały też swoje rekwizyty. W pamięci wielu mieszkańców Straż Miejska w Górze nie była tylko instytucją - była obrazem z ulicy. Kojarzyła się z białym mercedesem vito, który pojawiał się tu i ówdzie, czasem jak znak, że „zaraz będzie interwencja”, a czasem jak zwykły element miejskiego pejzażu. Taki samochód potrafił wtedy budzić emocje większe niż niejeden urzędowy komunikat: jedni widzieli w nim potrzebny porządek, inni pretekst do żartów albo złośliwości, jeszcze inni - symbol tego, że „władza” ma swoje narzędzia i swoje tempo działania. W małym mieście nawet auto służbowe potrafiło mieć własną rolę w lokalnej opowieści.
I tu właśnie zaczyna się „ranczowość” tej historii. Bo w takich miejscach informacja nigdy nie zostaje tylko informacją. Od razu staje się pretekstem do komentarza, oceny, dopowiedzenia, do budowania wersji wydarzeń. Internetowe wpisy pod artykułem brzmią jak cyfrowa ławka pod sklepem: trochę drwiny, trochę pretensji, trochę zazdrości, trochę „ja wam powiem jak było naprawdę”. Nawet jeśli ktoś zaczyna od „bez komentarza”, to przecież i tak komentuje. Zwykła wiadomość dostaje drugie życie jako mały spektakl, w którym każdy musi odegrać swoją kwestię.
Najmocniej po latach wybrzmiewa jednak jedno zdanie z wypowiedzi przełożonego, który ocenia nową funkcjonariuszkę słowem „atrakcyjna”, sugerując przy okazji, że to może poprawić stosunek ludzi do strażników. Wtedy takie sformułowania przechodziły zaskakująco łatwo: jako niezręczny komplement, jako „żarcik”, jako lokalny folklor. Dziś, gdyby przełożony w pracy publicznie oceniał podwładną w kategoriach atrakcyjności, zamiast mówić o kompetencjach, szkoleniu czy predyspozycjach, byłaby wielka afera. I pewnie dobrze, bo zmieniło się to, na co jako społeczeństwo dajemy przyzwolenie: coraz mniej akceptujemy mieszanie wyglądu z oceną zawodową, zwłaszcza w kontekście służby publicznej.
Dlatego kiedy ktoś mówi, że Góra lat 2000. to był gotowy „Ranczo”, to nie jest złośliwość, tylko trafne podsumowanie pewnego stylu życia i opowiadania o świecie. Wszystko było bliżej, głośniej i bardziej „nasze”: instytucje miały twarze, nazwiska i samochody, a każde zdarzenie natychmiast obrastało interpretacjami. Z dzisiejszej perspektywy to czasem bawi, czasem zawstydza, a czasem po prostu budzi nostalgię za tym, że nawet spór o straż miejską potrafił być lokalnym „wydarzeniem sezonu”. Góra grała wtedy swój serial codziennie - a my wszyscy, chcąc nie chcąc, byliśmy i widzami, i bohaterami.
Artykuł portalu Elki można przeczytać tutaj: https://elka.pl/content/view/17090/77/


Straż miejska skończyła się wraz zlikfidacą przenośnych fotoradarów, wraz z tzw. polowaniem przy paśniku ,od i cała historia.
OdpowiedzUsuń